Nic tak nas nie rozwija, jak pierwsza "wykopyrtka". "Oooo..... koleżko, dobrze, że nie na Jamaszce tak fikłeś, bo nogę byś złamał na bank... Dajesz, dajesz dalej!". Tak mój motocyklowy trenejro komentuje pierwszą poważniejszą wywrotkę na 125-tce [przyp. - motocyklu o niedużej pojemności skokowej i masie, na którym podczas kursu zazwyczaj zaczynamy naukę motocyklowego rzemiosła]. Całe szczęście, że motocykl dobrze "orurowany" i szkody w sprzęcie minimalne. Za mna kolejne zmagania podczas kursu jazdy na kat. A i pierwsze siniaki na zadzie.

Mentor

Druga godzina "jazdy na placu"i kilka przemyśleń:

1. Siedząc za biurkiem człowiek nabywa przekonania, że wie i potrafi prawie wszystko. Nic bardziej mylnego. Żeby coś osiągnąć, nie można się lenić. Pot, wysiłek, ból i łzy. Ale jak się przełamiesz, to za moment zaczynasz lubić trening. Te małe sukcesy - "O, nie wywróciłem się! O, nie zgasł mi silnik! O, zaczynam czuć równowagę!".

2. Momentalnie pojawia się pokusa przyspieszenia. Stop: pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć! Chyba, że chcesz zostać dawcą organów... Powoli, systematycznie - ważne, żeby nowe umiejętności utrwalać świadomie, szukając analogii do tego, co już znamy. Synergia doświadczeń, trochę cierpienia, ale jest fun!

3. Mentor - absolutnie fundamentalna rzecz. Michał, mój motocyklowy nauczyciel, to typ osiłka i zabijaki z osiedla. "Co on tam może wiedzieć ...". Stop: genialnie mnie podszedł. Zobaczył, że pewniak ze mnie, więc kazał mi usiąść, odpalić silnik i jechać. Zero teorii, zero wprowadzenia - "chcesz jeździć, to do przodu!". Na maksa się "wydygałem", ale ... pojechałem. Przyspieszył moją edukację o 200%. Wrzucił na głęboką wodę i... pozwolił się wywrócić. Następnie "ochrzanił", ale kazał jechać dalej i zaliczać kolejne upadki, byle "nogi pod motocyklem nie zostawiać, bo wiesz, złamanie z przemieszczeniem ciężko się zrasta".

4. Sama potrzeba rozwoju to jedno, konsekwencja na tej drodze to drugie. Trener - być może nie taki, którego sobie wyobrażasz, ale taki, który doprowadzi Cię do celu.

Odruchy bezwarunkowe

Dziś jeżdżę dwie godziny pod rząd. Start trzeciej godziny i ... duża niespodzianka. Przesiadka ze 125tki na .... 750tkę. "Szyt, ile to waży?" 220 kg, to będzie boleć. "Michał, na pewno?". "Dasz radę!". Siadam. Ale uczucie! - moc, masa, super sprawa. Miękkie kolana i strach przed odkręceniem manetki. "Zabiję się, to pewne!".

"Rób ósemki" - krzyczy Michał. "Szyt, a jak się wywalę i już nie wyjdę spod tego potwora o własnych siłach?". Ale nagle zaczyna się magia i... odkrycie. Motor jest skonstruowany tak, że jeżeli jadę na "jedynce", nie dodaję gazu i nie wciskam hamulca, to "ósemkę" da się zrobić praktycznie bez wysiłku [przyp. - manewr polegający na wykonaniu jazdy po torze zbliżonym do cyfry 8 na możliwie niedużej powierzchni]. Ale .... trzeba motocykl wychylić. Mózg się buntuje, każe go prostować. Zaczyna się wewnętrzna walka z własnymi odruchami bezwarunkowymi i kolejne wnioski:

5. Przekładając ćwiczenie "ósemki" na biznes - kiedy w firmie jest źle, tracimy poczucie pewności, ograniczamy nakłady na rozwój, zaczynamy się sami ze sobą szarpać. Stop: trzeba zapanować nad odruchami bezwarunkowymi. Zidentyfikować je i czasem - świadomie wyłączyć. "Skręć kierownice prawie na maksa, pochyl maszynę prawie do ziemi, przenieś ciężar ciała na druga stronę i czekaj, aż wyjdziesz ze skrętu." Nie podpieraj się, nie poddawaj się odruchom, świadomie zrealizuj zadanie.

6. Warto wskoczyć na wyższy "level", ciutkę powyżej swoich aktualnych umiejętności. Jedzie się lepiej, czuje się lepiej - adrenalina i endorfiny. Ale .... uwaga - to czego jeszcze nie potrafię, teraz może mnie zwyczajnie zabić.

7. Jesteśmy istotami, które mają wkodowane pewne schematy. Sami jest sobie też często narzucamy. Ale jeżeli uda nam się wyjść poza schemat, wtedy mamy szansę odkryć coś nowego. Warto, ale trzeba robić to świadomie i konsekwentnie. Inaczej będziemy się sami ze sobą szarpać.

Koniec trzeciej godziny kursu, "Jamaszka" oswojona. Do usłyszenia w kolejnym motocyklowym wpisie! 😉